Biblioteka Miejska w Luboniu
PON-WT
12.00-19.00
ŚR-PT
8.00-15.00
SOBOTA
8.00-15.00

RECENZJA: „Brigdet Jones; szalejąc za facetem”


Regularnie wracam do filmów z Brigdet Jones. Myślę, że każda kobieta znajdzie w głównej bohaterce coś z siebie. Każdej z nas zdarzyło się zaliczyć makijażową „wtopę” (testy dodawanego do gazety tuszu do rzęs kończyły się tym, że pół dnia wyglądało się jak panda), zakładałyśmy na siebie coś, co miało nam odjąć kilku centymetrów w pasie (a kończyło się niedotlenieniem). I oczywiście każda kobieta doskonale wie, co to złamane serce.

Choć uwielbiam tę serię, to jednak bardzo sceptycznie podeszłam do informacji, że zostanie nakręcona czwarta część. Wiecie, jak to jest – pierwszą część jakiegoś filmu uwielbiacie, ale z każdą kolejną robi się z tego coraz większa groteska.  Po pojawieniu się jednak pierwszych popremierowych pozytywnych recenzji postanowiłam zaryzykować i udać się do kina. Popełniłam jeden niewybaczalny błąd – zapomniałam chusteczek.

Anglicy „potrafią” w komedie romantyczne. Najlepszym tego przykładem jest chociażby „To właśnie miłość” – czyli jeden z najpiękniejszych filmów o miłości. Obawy, jak się okazało, były niesłuszne. Brigdet Jones 4 to film, który zarówno wzruszy, jak i będzie bawił. Część czwarta sugeruje, że mamy do czynienia z kontynuacją serii, jednak jest to produkcja inna niż pozostałe. I choć mamy tutaj śmieszne sytuacje, pech i infantylność głównej bohaterki (czyli rzeczy, które dobrze znamy i kochamy), to wraz z nimi pojawiają się dojrzałość, mądrość i prawda o życiu. Główna bohaterka znajduje się na rozdrożu, jej życie zostało przewartościowane i jak sama przyznaje – żadne z 600 tysięcy angielskich słów nie jest w stanie opisać tych emocji.

Opowieść o tym, że należy doceniać każdy dzień, bo nikt nie gwarantuje nam, że doczekamy jutra. Rzeczywistość z jaką musimy się zmierzyć po stracie i to, że czasem najciężej jest po prostu żyć dalej.  Historię pięknych przyjaźni, które pchają nas w górę, ale i fakt, że siłę musimy znaleźć przede wszystkim w sobie.

Nie zrozumcie mnie źle – ten film nie jest smutny i przygnębiający. Przynajmniej nie przez cały czas. Są momenty, w których ciężko się powstrzymać od śmiechu bo Brigdet… to Brigdet.

Mamy tutaj zgrabnie opowiedzianą, wiarygodną historię, która łączy łzy śmiechu z łzami smutku. Polecam, bo to doskonałe oderwanie się od rzeczywistości. Tylko nie zapomnijcie wziąć ze sobą chusteczek!

 

(MS)