Są tacy autorzy, którym się ufa… a potem człowiek i tak daje się wyprowadzić w pole. I właśnie dlatego jestem ogromną fanką książek Johna Marrsa – bo nawet jeśli czytasz dużo kryminałów i myślisz „mnie już nic nie zaskoczy”, on tylko się uśmiecha i robi swoje.
„Dobra Samarytanka” to historia pracownicy telefonu zaufania, która… no cóż, z pomocą ma niewiele wspólnego. Zamiast ratować, w subtelny i przerażająco skuteczny sposób popycha swoich rozmówców w stronę najgorszych decyzji. Muszę powiedzieć, że sam pomysł na fabułę wydawał mi się fascynujący i niespotykany.
To książka, którą czyta się na jednym wdechu – napięcie trzyma od początku, bohaterowie są świetnie skonstruowani, a zwroty akcji potrafią naprawdę zaskoczyć. Marrs doskonale wie, kiedy podkręcić tempo i jak sprawić, żeby czytelnik co chwilę zmieniał zdanie o tym, co tu się właściwie dzieje.
Ale… no właśnie. Jest jedno „ale”. Pod koniec tych zwrotów akcji robi się po prostu za dużo. Zamiast budować napięcie, fabuła zaczyna pędzić na łeb na szyję i trochę traci na wiarygodności. Mam wrażenie, że w pewnym momencie można było postawić kropkę i efekt byłby mocniejszy. A tak – autor trochę popłynął.
Mimo tego potknięcia – zdecydowanie warto. Jeśli lubicie thrillery, które bawią się czytelnikiem i nie boją się mrocznych tematów, „Dobra Samarytanka” to bardzo solidna propozycja
(MS)
