Biblioteka Miejska w Luboniu
PON-WT
12.00-19.00
ŚR-PT
8.00-15.00
SOBOTA
8.00-15.00

Przypominamy o przerwach technicznych, podczas których biblioteka jest zamknięta dla czytelników.
W poniedziałki i wtorki od 15.00 do 15.20, w pozostałe dni od 12.00 do 12.20.

Recenzja: „Małe życie”


MAŁE ŻYCIE Hanya Yanagihara

 

Wiecie ile razy miałem ochotę wyrzucić ją przez okno w trakcie czytania?

Zachęcony opiniami na okładce głoszącymi, że książka ta jest największym literackim wydarzeniem 2015 roku i najgłośniejszą amerykańską powieścią stwierdziłem: no dobra, dawać mi te fajerwerki. I co z tego wyszło? Głębokie rozczarowanie faktem, że tam fajerwerków nie ma, a akcja jest na tyle ślimacza, że czytanie tej książki zajęło mi z dłuższymi przerwami ponad trzy miesiące – nie dlatego, że czytam wolno – tylko, aby dać jej przy następnych posiedzeniach kolejną szansę.

Jaki był tego efekt? Taki, że jak tylko przeczytałem ostatnie strony tej powieści, to poczułem, jakby mnie ktoś w głowę walnął emocjonalną łopatą – albo tak bardziej na bogato – jakbym oberwał zawartością szufli do śniegu, która zamiast białym puchem wypełniona była sprzecznymi uczuciami oraz masą przemyśleń.

A co byłoby gdybym jednak zdecydował się ją przez okno wyrzucić? Dodam, że jest ona sporą cegłą, która z pewnością mogłaby uszkodzić kogoś przechodzącego akurat pod moim oknem. Albo jakieś zwierzę, które mogłoby ucierpieć przez moją nadekspresyjność i chwilową skłonność do ciskania przedmiotami tak, aby znalazły się poza swoim kontekstem. Nawet dla takiego małego życia efekt trafienia ciężkim przedmiotem byłby pewnie opłakany, a ja na pewno nie byłbym w stanie pozbyć się dręczących mnie wyrzutów sumienia.

Tak właśnie jest trochę z książką “Małe życie” hawajskiego pochodzenia pisarki Hanyi Yahagihary. Sama okładka daje nam pewne wskazówki dotyczące treści. Carl Gustaw Jung powiedział: “Nie jestem tym, co mi się przydarzyło, jestem tym, kim chcę się stać”. Ciekawe czy uczeń Freuda byłby tego samego zdania po lekturze tej książki. Bo czy nie jesteśmy swego rodzaju mapą naszych doświadczeń, której topografia jest kształtowana przez osoby spotykane w życiu? Wszystkie góry i doliny, depresje i uniesienia, rzeki i pustynie – po co to komu? Czy nie lepiej zatem poddać się i odpuścić na samym początku? I choć ukształtowanie terenu nie zawsze zależy od nas, to z pewnością do nas należy decyzja jak się po nim poruszać – założyć wygodne buty czy wspinać się w klapkach. Albo po prostu przejechać po wszystkim walcem drogowym, żeby było łatwiej – wyprzeć z siebie wszelkie negatywne sprawy i udawać, że jest różowo. Tylko nawet najpiękniej kwitnące kwiaty w końcu tracą stopniowo swój czar i więdną, choć usilnie staramy się o nie dbać. Czy to powód do rozpaczy, czy raczej do radości, że choć przez chwilę mogliśmy cieszyć się ich pięknem? I choć zabrzmi to banalnie, czy nie tak właśnie jest w życiu, którego niekiedy paradoksalnie piękno polega na tym, że nas nie rozpieszcza? Czy nie lepiej dojść do wniosku, że taka jest natura rzeczy i cieszyć się, że coś nas w ogóle spotyka bez zbędnego wartościowania doświadczenia? Być może brzmi to naiwnie, jednak w takiej postawie odnajduję specyficzny spokój.

Z premedytacją nie zdradzę ani jednego szczegółu z fabuły. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak mają na imię bohaterowie książki, sami po nią sięgnijcie. Albo nie – bo jakim prawem mogę innym narzucać co mają robić? To każdego prywatna bajka. Z pewnością jest to książka z opóźnionym zapłonem, której liczący ponad 800 stron lont pali się długo. Od was zależy, czy jej wybuch będzie przerażająco ogłuszający czy wręcz przeciwnie – eksploduje tysiącem zachwycająco kolorowych iskier. To w końcu wasze małe, wielkie życia.

 

SP