Bardzo często myślę muzyką – pod wpływem ludzi, przedmiotów i wydarzeń. Lubię, kiedy nuty na pięcioliniach codzienności we mnie rozbrzmiewają, co niekiedy bywa uciążliwe dla otoczenia. Bo chyba nikt nie lubi prowadzić z kimś ważnej rozmowy i ulec konsternacji nieadekwatną do tematu słowną wrzutką na zasadzie “Słyszysz co to za piosenka? Kto ją śpiewał?” Bywało, że w ten sposób wyprowadziłem z równowagi niejedną osobę. Zapewniam jednak Was, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, że swoją nietypową cechę spożytkuję na Waszą korzyść i pod koniec mojego wywodu zdradzę, jaki utwór słyszałem w głowie czytając “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wicha, przy okazji polecając Wam gorąco tę książkę.
W jaki sposób pożegnać się z kimś, kto nagle z powodu śmierci znika z naszego życia? Czy jest to w ogóle możliwe, aby pogodzić się ze stratą, tym bardziej jeśli jest to ktoś tak bliski, jak matka? W bardzo nietypowy sposób czyni to Wicha, robiąc przegląd pozostawionego przez jego rodzicielkę inwentarza. Dla autora jest to swoista terapia, rozliczanie się ze swojej relacji z matką, a także próba scharakteryzowania jej poprzez pryzmat materialnej schedy. Jak sam autor przyznaje: “Dopiero martwych ludzi mam na własność, zredukowanych do jakiegoś obrazka czy kilku zdań. Postaci w tle. Teraz już wiadomo – byli tacy albo śmacy. Teraz możemy podsumować całą tę szarpaninę. Rozplątać niekonsekwencje. Postawić kropkę. Wpisać wynik”. Choć w tym cytacie jest kilka sformułowań dość dosadnych, sam autor w swym rozliczeniu jest daleki od brutalności, a swój tekst okrasza wymagającym od odbiorców uważności i wnikliwości ironicznym humorem, który może przywodzić na myśl Masłowską lub lekko absurdalne wydanie “Latającego Cyrku Monty Pythona”. Bo jak inaczej nazwać proces, w którym ktoś próbując pozbyć się w większości księgozbioru swojej matki nie dość, że opowiada historię polskich wydawnictw na przestrzeni XX wieku, okraszając to wymówkami rodziny i antykwariuszy o tym, jak bardzo próbują się od tego wątpliwego daru wykręcić? Nie jestem tego w stanie oddać na tyle precyzyjnie, jednak dla wnikliwych Czytelników i Czytelniczek nie będzie problemem wyłapanie takich humorystycznych niuansów w treści. Co niektórzy mogą jednak podnieść larum – ale jako to nabijać się z czegoś w obliczu śmierci kogoś z rodziny? Przecież tak nie można! Nie zapominajmy jednak, że ludzka psychika jest pełna niezbadanych zakamarków i sam zastanawiam się jakbym zareagował w sytuacji, kiedy byłbym obecny na ceremonii pogrzebowej prowadzonej przez kogoś w stanie wskazującym. Dla niektórych śmiech jest reakcją obronną na stres, a autor jest z nami szczery, nie traktując ironii jako narzędzia drwiny, a można to odczytać w jego słowach “Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić”. Co nam w tym zatem przeszkadza? Emocje? Spróbujcie zatem zamknąć oczy i wyobrazić sobie kogoś, kogo straciliście, a następnie opisać wygląd tej osoby. Ja do tej pory nie jestem w stanie tego zrobić spokojnie w przypadku mojej babci, choć zmarła prawie 30 lat temu. Dlatego mimo wszystko chylę czoła przed autorem, że jest w stanie dokonać tak wnikliwej analizy i sportretowania swojej zmarłej matki. Chociażby dlatego warto sięgnąć po tę pozycję.
Wróćmy jednak do kwestii ujawnienia obiecanego przeze mnie na początku utworu. Wyobraźmy sobie, że tracimy nagle coś lub kogoś dla nas ważnego lub zgoła wszystko. Co z nami pozostaje? Jak ruszyć dalej? Polecam wówczas zapoznać się z tekstem piosenki “Walk On” zespołu U2, gdzie pod koniec wokalista wylicza wszystkie te niematerialne rzeczy, których nie jesteśmy w stanie za sobą zostawić, a które świadczą o naszej niezbywalnej wartości. Jeśli zainspiruje on Was do pozbycia się tego, co być może macie w nadmiarze, zawsze można stworzyć sobie playlistę zatytułowaną “Muzyka, przy której dobrze wyrzuca się rzeczy do kontenera”. Pamiętajcie – niekiedy i tak w ostatecznym rozrachunku ci, co tracą wszystko, mają i tak wszystko zawsze ze sobą.
(SP)
