Catherine Ravenscroft to karierowiczka i kobieta sukcesu. Znana dziennikarka otrzymuje pewnego dnia książkę, napisaną przez zmarłą już kobietę. O wydanie i przesłanie powieści zatroszczył się wdowiec (Kevin Kline) i to on zaczyna grozić dziennikarce. Kobieta wpada w popłoch, ponieważ książka opowiada o zdarzeniach z życia dziennikarki, o których chciała zapomnieć, za wszelką cenę. Na szali jest jej życie zawodowe, prywatne, a także reputacja. Czy prawda ujrzy światło dzienne? A jeśli tak, to „czyja” to będzie prawda?
Jest jedna rzecz, którą AppleTV bije na głowę wszystkie pozostałe serwisy streamingowe, a są nią seriale. Włączasz taki od niechcenia, a okazuje się, że obsada to TOP światowych aktorów, zdjęcia są wybitne, fabuła zaskakuje, a muzyka nie mogłaby być lepiej dopasowana.
I tak mogę polecić: „W obronie syna”, „Skazany za niewinność”, „See”, czy „WeCrashed – o upadku startupu”. Do tego grona dołącza również „Sprostowanie”, na podstawie książki Knight Renee. Z gwiazdorską obsadą – Cate Blanchett, Sacha Baron Cohen (filmowy „Borat” miał już okazję pochwalić się dramatyczną rolą w „Nędznikach”, ale i w „Sprostowaniu” jest świetny), Kevin Kline, czy bardzo odważna w swojej postaci Leila George.
Gdybyście zapytali o czym jest ten serial, to powiedziałabym, że mamy dwie ramy czasowe, morderstwo i skrywane przez lata tajemnice. Ale gdybyście chcieli dojść głębiej, to mamy tutaj kwestie zaufania do współmałżonka, ślepą miłość rodziców do dziecka i prawdę, która jest relatywna. Serial przypomina nam, że każdy medal ma dwie strony, a to, że my pamiętamy daną sytuację w konkretny sposób, nie oznacza wcale, że tak było naprawdę.
Ten serial, po który sięgnęłam „z braku laku” (a raczej wydawało mi się – lepszych propozycji) okazał się jednym z większych pozytywnych zaskoczeń. Dawno nie widziałam, tak dobrze rozpisanej fabuły oraz bohaterów. A co najważniejsze – nie jesteśmy w stanie domyślić się zakończenia. Plot twist, którego nikt się nie spodziewał, ale każdy potrzebował.
Treści przeznaczone dla osób dorosłych. Serial zawiera bardzo śmiałe sceny, bijące „265 dni” i inne tego typu wytwory na głowę, zwłaszcza w kontekście namiętności.
Gwarantuję, że gdy wciśniecie „play”, to nie pożałujecie. Jedyną „wadą” produkcji jest to, że nie mogąc oderwać się od ekranu zarwiemy noc.
(MS)
