Kiedy byłem studentem anglistyki, uczestniczyłem w zajęciach z literatury amerykańskiej. Na pierwszym wykładzie usłyszałem, że nie istnieje spójna definicja literatury, aczkolwiek jednym z celów, któremu może służyć to: „for every Jack to meet his Jill” (bohaterowie znanej angielskiej rymowanki), co można przetłumaczyć jako, aby każdy spotkał swoją bratnią duszę. Nie oznacza to bynajmniej, że książki mogą nas swatać, jednak dobrze jest, kiedy możemy w nich odnaleźć coś dla siebie.
Właśnie takie odczucia towarzyszyły mi podczas lektury „Stonera” Johna Williamsa, napisanej w latach 60-tych ubiegłego wieku. Główny bohater, William Stoner, najpierw studiuje rolnictwo na Uniwersytecie Missouri, jednak pod wpływem pewnego wydarzenia zmienia kierunek właśnie na anglistykę, docelowo zostając doktorem literatury angielskiej. Jego życie może wydawać się do bólu schematyczne – jakby realizował z góry obrany przez siebie scenariusz. Żeni się, ma dziecko, realizuje się zawodowo, ma kochankę, znajduje prawdziwą acz nieszczęśliwą miłość, prowadzi spory z wykładowcami i daje niekiedy nieźle “popalić” studentom. Brzmi nudnie? Fabuła jest raczej linearna na zasadzie “połącz kropki i zobacz co z tego wyjdzie”, jednak gdyby właśnie ograniczyć się tylko do takiego zabiegu, można utracić to, co kryje się między wierszami. Jaki sens ma oglądanie dzieła sztuki kiedy nie dokonujemy jego interpretacji? A dla mnie obcowanie z tą książką właśnie z powodu konstrukcji fabuły było odtrutką na niekiedy pretensjonalne debiuty literackie pisane tak, aby ukazać jak “mądry” i “elokwentny” jest autor i jak bardzo “tępi” są czytelnicy.Jeśli dorzucić do tego intelektualny snobizm i misję niesienia kultury “pod strzechy”, efekt może być niekiedy odwrotny od zamierzonego.
W “Stonerze” tego nie znajdziemy. Zamiast tego możemy przyjrzeć się na pozór prostemu życiu osoby konsekwentnie realizującej obraną przez siebie drogę, na której cały czas pozostaje wierną swoim zasadom bez względu jak bardzo los sypie piasek w oczy. Stoner przez swoją konsekwencję dokonuje swego rodzaju apoteozy dnia codziennego, stroniąc jednak od ewentualnego męczeństwa. I to jest właśnie takie wciągające – bycie zawsze i wszędzie autentycznym. Bo czy nie chodzi w tym wszystkim o to, aby robić swoje i nie czynić przy okazji innym krzywdy? Niech Was zatem nie zraża pozorna prostota zawarta w tej książce. Mnie ona uwiodła i się nie zawiodłem.
(SP)
