„Teściowie 3″ to film, który zaskoczył mnie swoją formą. Spodziewałam się lekkiej, typowo komediowej odsłony serii, a tymczasem dostałam obraz bardziej „życiowy”, momentami wręcz dramatyczny. Nie był to jednak zawód – wręcz przeciwnie, film skłaniał do refleksji, a przy tym nie brakowało mu humoru.
Za kamerą ponownie stanął Jakub Michalczuk (reżyser pierwszej odsłony „Teściów”) i to widać. Powróciły sceny „teatralne”, które dodają filmowi swoistego charakteru..
Największym atutem produkcji jest absolutnie genialna gra aktorska całej czwórki głównych bohaterów: Maja Ostaszewska, Izabela Kuna, Andrzej Woronowicz i Marcin Dorociński stworzyli role, które balansują na granicy absurdu i bolesnej prawdy o nas samych. Woronowicz w roli Tadzia, próbującego wymówić angielskie „squu… squirrel”, bawił do łez – zwłaszcza w scenach „po pijaku”.
Nieco mniej przekonująco wypadła postać psychiatry granej przez Magdalenę Popławską – wydawało się, że twórcy nie mają na nią pomysłu. Postać była trochę naciągana i niedopracowana, jakby nie do końca wiedziała, w którą stronę ma poprowadzić historię.
Ogromnym plusem filmu jest to, że bez litości obnaża hipokryzję bohaterów, pokazując, że każdy ma coś na sumieniu. Pod płaszczykiem zabawnych sytuacji kryje się sporo gorzkiej prawdy, a widz raz się śmieje, raz krzywi z zażenowania – i to właśnie największa siła „Teściów 3”.
To film, który udowadnia, że komedia może być nie tylko rozrywką, ale i lustrem, w którym nie zawsze chcemy się przeglądać.
(MS)
